Ostatnie wpisy na blogu

Polski ksiądz w Kolorado: uczyliśmy parafian, aby nie traktowali Mszy św. online jak amerykańskiego serialu (rozmowa)

Na początku pandemii katolickie życie przeniosło się z kościoła do domu. Moim zadaniem było nauczyć parafian, jak przeżywać nabożeństwa online. Uczyliśmy wiernych, żeby nie traktowali Mszy św. jak amerykańskiego serialu, który ogląda się przy jedzeniu i piciu – mówi w rozmowie z KAI ks. Wojciech Gierasimczyk, który od 18 lat mieszka w amerykańskim stanie Kolorado. Pochodzący z Gorzowa Wlkp. kapłan jest proboszczem parafii św. Antoniego w Denver.

Wanda Milewska (KAI): Jak to się stało, że został Ksiądz duszpasterzem w Ameryce?

Ks. Wojciech Gierasimczyk: – w 2002 r. po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w rodzinnym Gorzowie Wielkopolskim wyjechałem na studia do Ameryki. Odbyłem naukę w Archidiecezjalnym Seminarium Misyjnym „Redemptoris Mater” w Denver w stanie Kolorado. Tam również w 2012 r. w katedrze otrzymałem święcenia kapłańskie z rąk bp. Jamesa D. Conley`a.

KAI: A co było przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych?

– Należałem do wspólnoty neokatechumenalnej przy parafii NMP Królowej Polski w Gorzowie Wlkp. Biorąc udział w życiu wspólnoty, zacząłem myśleć o kapłaństwie. Mój brat Tomasz już był w seminarium. Wziąłem udział w spotkaniach powołaniowych. Po roku zostałem zaproszony na spotkanie we Włoszech do centrum neokatechumenalnego, w którym uczestniczyło kilkuset młodzieńców z całego świata. Stamtąd byli oni wysyłani do seminariów misyjnych Redemptoris Mater. Rozesłanie odbywało się losowo. Kartka z moim nazwiskiem została wylosowana z seminarium w Denver. Już na amerykańskiej ziemi zostałem wysłany do szkoły, pół roku uczyłem się języka, następnie rozpocząłem studia.

KAI: Od początku jest Ksiądz w tej samej parafii?

– Nie, byłem w różnych parafiach. Zaraz po święceniach zostałem posłany jako wikary do parafii św. Antoniego w Sterling, małej miejscowości w północno-wschodniej części stanu Kolorado. Tam spędziłem 2 lata, potem przerzucono mnie na zachód do Breckenridge. To piękna miejscowość w górach, z kurortem narciarskim. Tam też byłem wikarym. Po czterech latach kapłaństwa arcybiskup mianował mnie proboszczem św. Antoniego w Denver w Kolorado.

KAI: Jak wygląda życie parafii? Czym się różni ono od polskich realiów?

– W tym, co jest istotne, parafie amerykańskie nie różnią się od polskich. Odprawiamy sakramenty, głosimy Słowo Boże, odwiedzamy chorych z sakramentem namaszczenia i z Komunią św. Różnica jest taka, że lekcje religii odbywają się w salkach przy parafii, a nie w szkole. Chyba, że jest to szkoła katolicka. Jeśli chodzi o wspólnoty, to wszystko zależy od demografii parafii. W angielskojęzycznych są przede wszystkim Rycerze Kolumba. Inne wspólnoty to tzw. grupy ministerialne, czyli grupa lektorów, szafarzy świeckich, katechetów, chórzystów, kościelnych lub zachrystian czy ministrantów. Jest też rada parafialna i finansowa. Są grupy miłosierdzia. Parafie organizują grupy biblijne, w których gromadzą się ludzie, aby pogłębić wiedzę o Piśmie św. lub robić Lectio Divina. Oczywiście są też grupy formacyjne i różne kursy teologiczne. W parafiach hiszpańskojęzycznych jest neokatechumenat, grupy charyzmatyczne, grupy nocnej adoracji i spotkania małżeńskie.

KAI: Czy w Ameryce księża chodzą po kolędzie?

– Nie chodzimy po kolędzie tak, jak to się odbywa w Polsce, ale niektórzy księża organizują poświąteczne błogosławieństwa święcenia domów, po Bożym Narodzeniu, a także po Wielkanocy. Odbywa się to na zaproszenia wiernych – umawiamy się i odwiedzamy np. trzy domy dziennie.

KAI: Jest jakaś współpraca z innymi kościołami?

– Współpraca bardziej jest widoczna w małych miejscowościach, bo tam różne kościoły – mam na myśli budynki – są tych samych rozmiarów. Współpraca polega na tym, żeby wspólnie coś zjeść czy przygotować paczki potrzebującym. W Denver kościoły katolickie są dużo większe niż np. protestanckie. W moim rejonie są kościoły: katolicki, baptystów, obrządku syryjskiego, metodystów, luterański. I tutaj katolicki kościół jest największy. Pozostałe budynki są malutkie, a mój jest wielki gmach. To tak trochę wygląda na rywalizację. Nie ma tu spotkań ekumenicznych, dostrzega się pewnego rodzaju rywalizację o wpływy.

KAI: Pandemia wpłynęła na zachowanie ludzi?

– Na niektórych szczególnie młodych pandemia wpłynęła bardzo negatywnie. Mam w parafii dużo młodzieży. Na pierwszej Mszy św. po zelżeniu obostrzeń, na pytanie, jak przeżyli czas odosobnienia, wielu odpowiedziało, że miało problem z narkotykami i pornografią. Ale stała się też dobra rzecz, że oni chcieli wrócić do kościoła. W mojej parafii organizowaliśmy dla nich spotkania, zachowując reżim sanitarny.

KAI: Czego amerykańscy wierni potrzebują w tym trudnym czasie? Widzą sens życia? Wiara pomaga im w przetrwaniu?

– Na początku pandemii katolickie życie przeniosło się z kościoła do domu. Dla mnie to było zadanie, aby nauczyć parafian, jak przeżywać nabożeństwa online. Uczyliśmy ich, żeby nie traktowali Mszy św. online jak amerykańskiego serialu, który się ogląda przy jedzeniu i piciu. Mówiliśmy parafianom, że trzeba się odpowiednio ubrać, wyłączyć komórki. Chciałem, aby ta Msza św. w domu była przeżywana w taki sposób, jakby była w kościele. Uczyliśmy też ludzi, żeby nie traktowali tej Mszy on-line jako coś, co będzie już na stałe. Msza św. przez internet nie będzie jakąś nową normalnością. Ona kiedyś się skończy. Nigdy nie byłem fanem Mszy św. za pośrednictwem internetu czy telewizji. Msza św. to nie tylko relacja z Bogiem, ale też z drugim człowiekiem. Te relacje muszą być bliskie, osobiste i fizyczne. Jest ważne, żeby widzieć drugiego człowieka, podać mu rękę i zobaczyć uśmiech. Pan Bóg, żeby stać się bliskim nam, posłał swego Syna w ludzkim ciele, który pozwolił się dotykać; którego można było zobaczyć i wysłuchać.

Myślę, że ludzie potrzebują wyleczenia z głównego wirusa, jakim jest strach przed śmiercią. Ten strach paraliżuje nas, nie pozwala nam ryzykować i nie pozwala nam kochać. To wyleczenie przychodzi tylko przez Jezusa Chrystusa. W czasie pandemii widziałem wiele cierpienia niezwiązanego z koronawirusem. Młodzi, którzy nie mogli znieść siedzenia w domu, starszych, którzy nie mogli spotkać się z bliskimi. Jako Kościół chcieliśmy przynieść Dobrą Nowinę.

KAI: Wiem, że ostatnio wydarzył się nieprzyjemny incydent w kościele. Co dokładnie się stało?

– Tak, przed paroma dniami dostałam telefon od zachrystianki, która przychodzi wcześnie rano, aby przygotować kościół przed Mszą św. z informacją, że ktoś postrącał wszystkie kwiaty w kościele, rozrzucił ziemię, stłukł figurkę Matki Bożej. Po chwili przyszedł kolejny pracownik i zadzwonił na policję. Został spisany raport. Straty były bardziej emocjonalne niż materialne. Myślę, że to nie był akt przeciwko kościołowi czy świętości, bo nic świętego nie zostało zniszczone oprócz tej figurki, a reszta to był akt wandalizmu. Na kamerach widać było, że była to starsza kobieta.

KAI: Będąc w stanie Kansas, widziałam na drzwiach m.in. do kościołów znaki zakazu wnoszenia broni. Jak to Ksiądz odbiera? Można się do tego przyzwyczaić?

– W Denver tego nie ma, ale u nas na pewno w kościele ktoś się znajdzie, kto ma broń pod marynarką. Dla ochrony. Nigdy nie spotkałem się w kościołach w Kolorado z takimi znakami, natomiast w placówkach świeckich one są.

KAI: Jest coś, czym Ksiądz się zachwycił w Ameryce?

– Najbardziej zachwyciłem się przyrodą. Pojechałem kiedyś ze znajomymi na wycieczkę, zobaczyliśmy Wielki Kanion i inne kaniony. Stwierdziliśmy, że Ameryka ma cudowną naturę. Nie ma tu pięknych miejsc architektonicznych, jak w Europie, gotyckich katedr czy starych kamienic, natomiast przyroda jest zachwycająca. Ludzie, tych których spotkałem, są raczej zamknięci. Trzeba najpierw zdobyć ich serca, wzbudzić zaufanie. Niektórzy mało się uśmiechają i są nastawieni tylko na pracę, z myślą o wyżywieniu dzieci. Chodzą wcześnie spać, nie utrzymują żadnych towarzyskich kontaktów. Jednak, gdy się z nimi porozmawia, pokaże też swoje słabości, to zaczynają się otwierać. Kiedyś ktoś z zadowoleniem przyznał mi, że bardzo mu pomogłem, twierdząc, że ja też czasem mam zmagania z modlitwą. Dostrzegł, że jestem takim samym człowiekiem. Rozmowa wtedy była bardziej szczera.

KAI: Czy oprócz znajomości języka trzeba mieć jakieś specjalne umiejętności podczas duszpasterzowania w innym kraju?

– Oczywiście. Język jest tylko jednym z elementów umiejętności. Potrzebna jest pewna elastyczność i zdolność adaptacji. Wiele rzeczy w Ameryce jest innych niż w Polsce i też w Europie. Inny system podatkowy, prawny, polityczny. Przede wszystkim trzeba poznać kulturę ludzi, historię, filozofię, religie i demografię. Ameryka to jest tzw. „melting pot” – tygiel narodów, kraj bardzo zróżnicowany. I oczywiście, muszę o tym wspomnieć, kuchnia jest inna. Jednego dnia można zjeść indyjskie danie na obiad, a wieczorem pójść do meksykańskiej restauracji na kolację.